VOO VOO

fot. Marcin Szpądrowski zobacz całą galerię »


Ostatnie lata nie były łatwe dla Voo Voo. W listopadzie 2010 roku zmarł wieloletni menadżer zespołu - Mirosław Olszówka, niebawem odszedł także perkusista Piotr "Stopa" Żyżelewicz. Trudne doświadczenia przekłuły się na mądrą "Nową płytę": nieco nostalgiczną, ale gdy trzeba mocno rockową. A że jak wiadomo, Voo Voo najlepiej brzmi na żywo, o tym jak świetną robotę wykonali, można było się przekonać podczas częstochowskiego koncertu. Zespół zagrał u nas w ramach trasy promocyjnej, dlatego nowe kawałki górowały (a wśród nich choćby singlowy "Pierwszy raz" czy "Trąbka, pompka i lewarek"). Zaczęli także od nowiutkiego "Inaczej nie umiem".

Voo Voo podczas koncertu uczciło również pamięć kolegi, grając "Do Stopki"; symboliczna wydała się tu mocna solówka Michała Bryndala - perkusisty, który zastąpił Żyżelewicza.

Szczególny klimat niósł ze sobą także popis gościa specjalnego. Piotr Chołody grający na egzotycznej tanpurze oczarował wszystkich, ubarwiając piękną "Bezsenność".

Ale choć raz i drugi wielu osobom na widowni ścisnęło się gardło, koncertu na pewno nie można zaliczyć do smętnych. A to także za sprawą rozbrajającej konferansjerki Waglewskiego. Tak na przykład tłumaczył się z męczącego go kaszlu: - Już dwa miesiące mnie trzyma. Podobno pomaga cebula, miód i czosnek. Ale ja nie piję wódki...

- Dlatego kaszlesz - skwitował ktoś z publiczności.

W programie były nie tylko nowe utwory. Przy "Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic", które swoją pozytywną energią porwało wszystkich, pod koniec zespół milczał, śpiewali tłumnie fani. Potem zabrzmiało jeszcze "Nabroiło się" i chyba najniezwyklejszy z utworów Voo Voo - "Flota zjednoczonych sił". Mateusz Pospieszalski zwieńczył ją kultowym "Łobi jabi"; zawiera ono całą dobrą moc Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, z którą do dziś jest kojarzone.

Na koncertach Voo Voo żadna piosenka nigdy nie brzmi tak samo, muzycy specjalizują się bowiem w improwizacjach. Zaś duet na gitarę Waglewskiego i saksofon Pospieszalskiego nie ma sobie równych. U nas też tak było. I podobało się. - Są niesamowici - komentowała publiczność. Toteż po kończącej występ "Puszczy" wszyscy domagali się bisów. Doczekali się: zespół powrócił na scenę, by pożegnać Częstochowę dźwiękami "Bo Bóg dokopie".

Źródło: www.czestochowa.gazeta.pl